Dienstag, 23. Mai 2017

Pielęgniarka gangstera

Nad ranem budzę się z niespokojnej drzemki, zmęczona i niewyspana. Za oknem pada – drobne krople uderzają o szybę, a niebo nad Seulem przybrało stalowy odcień. Zerkam na T.O.P., przykrytego kołdrą. Na jego twarz wstąpiły krople potu, brwi ma zmarszczone, a jego ciałem wstrząsają dreszcze.
Zaniepokojona przykładam dłoń do jego czoła. Jest rozpalone. Gorączka to naturalny mechanizm obronny ciała, o ile nie jest zbyt wysoka. Idę do kuchni, zaparzam mocną kawę i przetrząsam pudełka w poszukiwaniu termometru.
W mieszkaniu panuje cisza, którą przerywa tylko szum deszczu. Jest ono niezbyt duże, ale w sam raz dla samotnie żyjącej studentki – sypialnia, łazienka, salon połączony z kuchnią i jadalnią. Większości moich przyjaciółek i tak nie stać na więcej niż obskurną klitkę, bo ceny w Seulu są obłędne. Gdyby nie pieniądze, które co miesiąc przysyła mi Sungil, być może mieszkałabym w ciasnym pokoiku na dwudziestym piętrze.
Centralne miejsce w salonie zajmuje fortepian. Moja najcenniejsza własność, spadek po dziadku. Na ziemi stoją rośliny w donicach i małe stosiki książek. Znajdzie się tu wszystko, od poezji romantycznej po Murakamiego. Tak, moje mieszkanie to miły kącik. A przede wszystkim - co cenię najbardziej – spokojny. Nie znoszę miejskiego hałasu, trąbienia wściekłych kierowców i warczenia silników. Tutaj te odgłosy nie dochodzą.
Popijając mocną kawę wracam do sypialni. Mierzę temperaturę i z niepokojem stwierdzam, że mężczyzna ma ponad 40 stopni gorączki. Postanawiam zbić ją, robiąc mu zimne okłady na czoło. Czuję się dziwnie, ocierając twarz szefa jednego z największych mafijnych zgrupowań w Seulu. Robię to jednak starannie, wciąż słysząc prośbę mojego brata, żeby dbać o tego mężczyznę jak najlepiej.
W pewnym momencie T.O.P. zaczyna majaczyć. Porusza lekko ustami, szepcząc jakieś niespokojne słowa. Zaskakuje mnie, jak niski jest jego głos. Staram się wychwycić sens tego, co mówi, ale rozumiem tylko pojedyncze wyrazy: benzyna, walizka, ogień… Od czasu do czasu pada jakieś przekleństwo.
- Już dobrze – mówię kojącym tonem, jakim mówi się do dziecka. Ostrożnie biorę jego dłoń w moje dłonie, znacznie mniejsze i chłodniejsze, i głaszczę ją. Może w ten sposób trochę się uspokoi. – Nic panu tutaj nie grozi.
Zauważam, że T.O.P. ma ładne, opalone dłonie, o długich palcach. Mógłby być pianistą. Szkoda, że takie palce marnują się na naciskanie spustu.
Siedzę u jego boku przez całe rano. Staram się go napoić, ale on tylko się krztusi, a woda spływa po jego brodzie.
Około południa przychodzi do mnie SMS:
Nasza kawiarnia, o 17?
To mój chłopak, Minho. Odpisuję mu, trawiona wyrzutami sumienia.
Dzisiaj nie mogę. Źle się czuję. Nie poszłam na uniwersytet, chyba coś podłapałam.
Wiadomość przychodzi natychmiast: Przyjechać do ciebie?
Jeszcze tego brakowało, żeby Minho zastał obcego faceta w moim łóżku. Z raną postrzałową. W panice odpisuję: Nie, nie, jeszcze cię zarażę. To szybko przejdzie, chcę dziś po prostu zostać w domu i porządnie się wyspaćJ
Okej. Jakbyś czegoś potrzebowała, daj mi znać.
- Faceci – mruczę, ale mimowolnie uśmiecham się do telefonu. – Zawsze są z nimi jakieś kłopoty.
- Bez nas świat byłby nudny.
Niemal podskakuję, słysząc ochrypły głos. T.O.P obudził się i patrzy teraz prosto na mnie. Jego spojrzenie jest błędne, a ciemne oczy trawi ogień. Nagle dochodzi do mnie, że moja lewa dłoń wciąż ściska jego palce. Jak oparzona puszczam ją, wpatrując się z niego.
- Daj mi wody.
Szybko wychodzę z pokoju, wystraszona i z mocno walącym sercem. Wracam ze szklanką wody i miską zupy, którą szybko podgrzałam. Pomagam mu trochę się podnieść, a po jego twarzy przebiega grymas bólu.
- Bardzo pana boli?
Nie odpowiada, tylko jednym haustem wypija szklankę wody. Ociera usta wierzchem dłoni i przymyka oczy.
- Powinien pan coś zjeść – mówię, podnosząc łyżkę zupy do jego ust. Krzywi się i odwraca głowę, ale ja nie daję za wygraną. – Szybciej pan wróci do zdrowia, jeśli będzie pan jadł. Proszę otworzyć usta.
Mój głos jest łagodny, ale stanowczy. Wsuwam dłoń pod jego głowę i podtrzymuje go, karmiąc go zupą. Jest zbyt słaby, żeby się opierać, więc po prostu łyka bulion łyżka za łyżką. Kiedy miska jest pusta, pomagam mu się znowu położyć.
- Muszę zadzwonić – mamrocze. Drży, a po dotknięciu jego skóry, stwierdzam, że jest rozpalona i sucha. Oby to nie było zakażenie. W tym przypadku niewiele będę mogła dla niego zrobić. Przykrywam go jeszcze jedną kołdrą, a szef mafii zapada w niespokojny sen. Mi samej zamykają się oczy.
Dzwonię do Sungila.
- Jak z nim? – pyta na wstępie mój brat.
- Na razie nie zbyt dobrze. Mocno gorączkuje, podałam mu coś przeciwbólowego.
Sungil klnie. – Za pół godziny wpadnie do ciebie jeden z chłopaków. Przyniesie wam jedzenie i ubrania dla szefa. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
- Raczej nie. Ale jutro muszę iść na dwie godziny na uniwersytet…
- Nie możesz go zostawić samego…
- …ponieważ mam ważny egzamin. Nie mogę nie iść. Przyjdziesz tu o 16 i go przypilnujesz?
Po drugiej stronie panuje cisza. – Jutro nie mogę.
- Dlaczego nie?!
- Mam sprawę do załatwienia. Przyślę ci kogoś.
Rozłącza się, a ja wpatruję się w ekran komórki, zła na niego, zła na jego szefa, zła na siebie, że zgodziłam się go tu przechować.
- Tylko nie próbuj mi tutaj umrzeć – ostrzegam rannego. – Trup w mieszkaniu może zniszczyć moją całkiem nieźle zapowiadającą się karierę.
Studiuję na uniwersytecie muzycznym, jednym z najbardziej renomowanych w Seulu. Chcę zostać pianistką koncertową. Póki co, dorabiam sobie, udzielając lekcji dzieciakom i chociaż jest to całkiem przyjemne, to marzy mi się wielka scena. Ciężko pracowałam, żeby dostać się na te studia. Nie pozwolę sobie tego odebrać.
Ktoś dzwoni do drzwi.
Otwieram rosłemu, łysemu mężczyźnie, tak napakowanemu, że przy nim wydaję się zaledwie dzieckiem. Nie wita mnie, tylko wręcza torbę z jedzeniem i drugą, z ubraniami.
- Mam sprawdzić, jak u szefa.
Patrzę na niego krzywo, ale skinięciem głowy wskazuje drzwi do sypialni. „Byk”, jak nazwałam go w myślach, wraca po chwili, z tą samą kamienną twarzą. Wręcza mi plik banknotów.
- To na wszelkie wydatki. Papierosy i takie tam.
- Nie palę – odpowiadam.
Byk unosi brwi i teraz to on szarpnięciem głowy wskazuje w stronę sypialni. – Ale on tak.
- Nie potrzebne mi aż tyle – protestuję, starając się oddać mu pieniądze, ale on nawet się na mnie nie ogląda. Znika równie szybko jak się pojawił.
Zaczynam czytać jakąś książkę, ale oczy same mi się zamykają. Słowa zlewają się w jedno, a szum deszczu usypia mnie jak kołysanka…
- Gdzie ja do cholery jestem?

Keine Kommentare:

Kommentar veröffentlichen