Zaniepokojona
przykładam dłoń do jego czoła. Jest rozpalone. Gorączka to naturalny mechanizm obronny
ciała, o ile nie jest zbyt wysoka. Idę do kuchni, zaparzam mocną kawę i
przetrząsam pudełka w poszukiwaniu termometru.
W mieszkaniu
panuje cisza, którą przerywa tylko szum deszczu. Jest ono niezbyt duże, ale w
sam raz dla samotnie żyjącej studentki – sypialnia, łazienka, salon połączony z
kuchnią i jadalnią. Większości moich przyjaciółek i tak nie stać na więcej niż obskurną
klitkę, bo ceny w Seulu są obłędne. Gdyby nie pieniądze, które co miesiąc
przysyła mi Sungil, być może mieszkałabym w ciasnym pokoiku na dwudziestym
piętrze.
Centralne miejsce
w salonie zajmuje fortepian. Moja najcenniejsza własność, spadek po dziadku. Na
ziemi stoją rośliny w donicach i małe stosiki książek. Znajdzie się tu
wszystko, od poezji romantycznej po Murakamiego. Tak, moje mieszkanie to miły
kącik. A przede wszystkim - co cenię najbardziej – spokojny. Nie znoszę
miejskiego hałasu, trąbienia wściekłych kierowców i warczenia silników. Tutaj
te odgłosy nie dochodzą.
Popijając mocną
kawę wracam do sypialni. Mierzę temperaturę i z niepokojem stwierdzam, że
mężczyzna ma ponad 40 stopni gorączki. Postanawiam zbić ją, robiąc mu zimne
okłady na czoło. Czuję się dziwnie, ocierając twarz szefa jednego z
największych mafijnych zgrupowań w Seulu. Robię to jednak starannie, wciąż
słysząc prośbę mojego brata, żeby dbać o tego mężczyznę jak najlepiej.
W pewnym momencie
T.O.P. zaczyna majaczyć. Porusza lekko ustami, szepcząc jakieś niespokojne słowa.
Zaskakuje mnie, jak niski jest jego głos. Staram się wychwycić sens tego, co
mówi, ale rozumiem tylko pojedyncze wyrazy: benzyna, walizka, ogień… Od czasu
do czasu pada jakieś przekleństwo.
- Już dobrze –
mówię kojącym tonem, jakim mówi się do dziecka. Ostrożnie biorę jego dłoń w
moje dłonie, znacznie mniejsze i chłodniejsze, i głaszczę ją. Może w ten sposób
trochę się uspokoi. – Nic panu tutaj nie grozi.
Zauważam, że
T.O.P. ma ładne, opalone dłonie, o długich palcach. Mógłby być pianistą.
Szkoda, że takie palce marnują się na naciskanie spustu.
Siedzę u jego
boku przez całe rano. Staram się go napoić, ale on tylko się krztusi, a woda
spływa po jego brodzie.
Około południa
przychodzi do mnie SMS:
Nasza kawiarnia, o 17?
To mój chłopak,
Minho. Odpisuję mu, trawiona wyrzutami sumienia.
Dzisiaj nie mogę. Źle się czuję. Nie poszłam na uniwersytet,
chyba coś podłapałam.
Wiadomość
przychodzi natychmiast: Przyjechać do
ciebie?
Jeszcze tego
brakowało, żeby Minho zastał obcego faceta w moim łóżku. Z raną postrzałową. W
panice odpisuję: Nie, nie, jeszcze cię
zarażę. To szybko przejdzie, chcę dziś po prostu zostać w domu i porządnie się
wyspaćJ
Okej. Jakbyś czegoś potrzebowała, daj mi znać.
- Faceci –
mruczę, ale mimowolnie uśmiecham się do telefonu. – Zawsze są z nimi jakieś
kłopoty.
- Bez nas świat
byłby nudny.
Niemal
podskakuję, słysząc ochrypły głos. T.O.P obudził się i patrzy teraz prosto na
mnie. Jego spojrzenie jest błędne, a ciemne oczy trawi ogień. Nagle dochodzi do
mnie, że moja lewa dłoń wciąż ściska jego palce. Jak oparzona puszczam ją,
wpatrując się z niego.
- Daj mi wody.
Szybko wychodzę z
pokoju, wystraszona i z mocno walącym sercem. Wracam ze szklanką wody i miską
zupy, którą szybko podgrzałam. Pomagam mu trochę się podnieść, a po jego twarzy
przebiega grymas bólu.
- Bardzo pana
boli?
Nie odpowiada,
tylko jednym haustem wypija szklankę wody. Ociera usta wierzchem dłoni i przymyka
oczy.
- Powinien pan
coś zjeść – mówię, podnosząc łyżkę zupy do jego ust. Krzywi się i odwraca
głowę, ale ja nie daję za wygraną. – Szybciej pan wróci do zdrowia, jeśli
będzie pan jadł. Proszę otworzyć usta.
Mój głos jest
łagodny, ale stanowczy. Wsuwam dłoń pod jego głowę i podtrzymuje go, karmiąc go
zupą. Jest zbyt słaby, żeby się opierać, więc po prostu łyka bulion łyżka za
łyżką. Kiedy miska jest pusta, pomagam mu się znowu położyć.
- Muszę zadzwonić
– mamrocze. Drży, a po dotknięciu jego skóry, stwierdzam, że jest rozpalona i
sucha. Oby to nie było zakażenie. W tym przypadku niewiele będę mogła dla niego
zrobić. Przykrywam go jeszcze jedną kołdrą, a szef mafii zapada w niespokojny
sen. Mi samej zamykają się oczy.
Dzwonię do
Sungila.
- Jak z nim? –
pyta na wstępie mój brat.
- Na razie nie zbyt
dobrze. Mocno gorączkuje, podałam mu coś przeciwbólowego.
Sungil klnie. –
Za pół godziny wpadnie do ciebie jeden z chłopaków. Przyniesie wam jedzenie i
ubrania dla szefa. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
- Raczej nie. Ale
jutro muszę iść na dwie godziny na uniwersytet…
- Nie możesz go
zostawić samego…
- …ponieważ mam
ważny egzamin. Nie mogę nie iść. Przyjdziesz tu o 16 i go przypilnujesz?
Po drugiej
stronie panuje cisza. – Jutro nie mogę.
- Dlaczego nie?!
- Mam sprawę do
załatwienia. Przyślę ci kogoś.
Rozłącza się, a
ja wpatruję się w ekran komórki, zła na niego, zła na jego szefa, zła na
siebie, że zgodziłam się go tu przechować.
- Tylko nie
próbuj mi tutaj umrzeć – ostrzegam rannego. – Trup w mieszkaniu może zniszczyć moją
całkiem nieźle zapowiadającą się karierę.
Studiuję na
uniwersytecie muzycznym, jednym z najbardziej renomowanych w Seulu. Chcę zostać
pianistką koncertową. Póki co, dorabiam sobie, udzielając lekcji dzieciakom i
chociaż jest to całkiem przyjemne, to marzy mi się wielka scena. Ciężko
pracowałam, żeby dostać się na te studia. Nie pozwolę sobie tego odebrać.
Ktoś dzwoni do
drzwi.
Otwieram rosłemu,
łysemu mężczyźnie, tak napakowanemu, że przy nim wydaję się zaledwie dzieckiem.
Nie wita mnie, tylko wręcza torbę z jedzeniem i drugą, z ubraniami.
- Mam sprawdzić,
jak u szefa.
Patrzę na niego
krzywo, ale skinięciem głowy wskazuje drzwi do sypialni. „Byk”, jak nazwałam go
w myślach, wraca po chwili, z tą samą kamienną twarzą. Wręcza mi plik
banknotów.
- To na wszelkie
wydatki. Papierosy i takie tam.
- Nie palę –
odpowiadam.
Byk unosi brwi i
teraz to on szarpnięciem głowy wskazuje w stronę sypialni. – Ale on tak.
- Nie potrzebne
mi aż tyle – protestuję, starając się oddać mu pieniądze, ale on nawet się na
mnie nie ogląda. Znika równie szybko jak się pojawił.
Zaczynam czytać
jakąś książkę, ale oczy same mi się zamykają. Słowa zlewają się w jedno, a szum
deszczu usypia mnie jak kołysanka…
…
…
…
…
- Gdzie ja do
cholery jestem?
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen