- Gdzie jestem? –
powtarza ochryple.
Prostuję się na
krześle i mrugam, dochodząc do siebie. – Jest pan w moim mieszkaniu. Jestem
siostrą Sungila.
- Siostrą Sungila
– powtarza, nie odrywając ode mnie wzroku. Jego spojrzenie jest przytomne,
gorączka musiała nareszcie spaść. – Nie mówił, że ma siostrę. Masz jakieś imię?
- Jiyeon. A pan?
- A jak mnie
przedstawiono?
- Mówili o panu
T.O.P.
- Więc tak mnie
nazywaj – jego głos jest szorstki. – Od kiedy tu leżę?
- Od wczoraj.
Przynieśli pana w nocy.
T.O.P. przez
chwilę marszczy brwi, jakby starał się sobie coś przypomnieć. Dotyka bandażu na
piersi i zaciska szczęki – nie wiem czy z bólu czy frustracji.
- Pomóż mi wstać.
- Nie powinien
pan jeszcze wstawać.
Krzywi się. –
Muszę do łazienki, dziewczyno. Zaprowadzisz mnie?
W milczeniu pomagam
mu podnieść się z posłania. Sapie z wysiłku, ale w końcu udaje mu się wstać.
Jest wysoki, o pół głowy wyższy ode mnie. Wspiera się na mnie, niemal miażdżąc
mnie pod swoim ramieniem, kiedy chwiejnie prowadzę go do łazienki. Jego naga
skóra ociera się o moją bluzkę. Czuję poruszające się pod nią twarde mięśnie. Przyłapuję
się na tym, że wdycham jego ciężki, męski zapach – mieszaninę potu i czegoś
jeszcze, jakiejś niezdefiniowanej, ale przyjemnej nuty. Serce bije mi
niespodziewanie szybko. Z ulgą zostawiam go w łazience i czekam na zewnątrz.
Kiedy w końcu
staje w drzwiach, jest blady i chwieje się. Podtrzymuję go szybko, zanim zwali
się na ziemie. Jestem świadoma, że nie dałabym rady go podnieść. Sadowię go na
stołku w łazience, a on zamyka oczy.
- Da pan radę
chwilę tak posiedzieć? Powinnam zmienić opatrunek.
Kiwa głową, nie
otwierając oczu. Ostrożnie odwiązuję bandaż i zdejmuję opatrunek. Rana wygląda
okropnie – ziejąca pustką, czarna dziura w ciele. Wydaje się przynajmniej
czysta, bo nie jątrzy się ani nie wygląda na zainfekowaną. Mężczyzna wzdryga
się, kiedy moje palce dotykają jego skóry. Staram się być jak
najdelikatniejsza, ale widzę, że gdy opatruję ranę, na jego szyi występują
grube żyły.
- Przepraszam –
mówię szczerze. – Musi bardzo boleć. Dam panu tabletkę przeciwbólową. Po niej
będzie pan spał.
Potrząsa głową. -
Nie. Jeszcze nie. Muszę wykonać telefon.
Gdyby nie był
mafiosom, zapytałabym: „To nie może zaczekać”?. Wiem jednak od mojego brata, że
ich sprawy nigdy nie mogą zaczekać.
Pomagam mu wrócić
do łóżka.
- Przynieś mi mój
telefon – mówi, głosem przywykłym do wydawania rozkazów. – I papierosy.
- Nie mam
papierosów – wzruszam lekko ramionami.
- Jak to, nie
masz?
– Nie palę. W tym
mieszkaniu ich pan nie znajdzie.
Mieli w ustach
przekleństwo. - W takim razie idź po paczkę.
Przez chwilę
walczę z sobą, żeby nie odpowiedzieć mu w zdecydowanie niegrzeczny sposób.
Widząc, że wciąż nie ruszyłam się z miejsca, mężczyzna pyta sucho. – Coś
jeszcze?
Odwracam się
napięcie i maszeruję do przedpokoju. Znajduję czarną skórzaną kurtkę i rzucam
ją mężczyźnie.
- Idę po
papierosy – mówię krótko i wychodzę z mieszkania. Postanawiam, że to ostatnia
przysługa, którą mu wyświadczam. Bez względu na to kim jest, nie mam zamiaru
grać jego służącej. Zdecydowanie wolałam go, kiedy był nieprzytomny.
W kiosku czekam
niemal kwadrans w kolejce, żeby kupić papierosy. Kiedy sprzedawca pyta mnie o preferowaną
markę, tylko bezradnie wzruszam ramionami. Mój wzrok przyciąga gazeta, której
nagłówek głosi: „Krwawy rozrachunek mafii – strzelanina w kasynie Golden Dragon”.
Po chwili namysłu kupuje i ją.
Kiedy wracam do
mieszkania, słyszę niski głos T.O.P. Dochodzi mnie strzęp zdania:
- … tylko nie
obijcie go za bardzo. Musi rozpoznać jego twarz, inaczej pomyśli, że to blef.
Robi mi się
niedobrze. Widząc mnie na korytarzu mężczyzna ścisza głos i rzuca mi ostre
spojrzenie, dające do zrozumienia, że powinnam zniknąć. Z wielką chęcią.
W salonie
znajduję moją komórkę i widzę, że mam kilka nieodebranych połączeń. Dzwonił do
mnie Minho. Z westchnieniem postanawiam, że zadzwonię do niego później. Jestem
zbyt rozkojarzona, żeby wiarygodnie udawać chorą.
Od strony
sypialni dochodzi mnie chrząknięcie. – To gdzie są te papierosy?
Wracam, obracając
paczkę w dłoniach. T.O.P patrzy na mnie wyczekująco, wydaje się już
spokojniejszy.
- Dostanie pan tą
paczkę – zaczynam, zaskoczona własną śmiałością. – Jeśli odpowie pan na kilka
moich pytań.
Patrzy na mnie z
kamienną twarzą. Cisza ciągnie się w nieskończoność, ale ja również się nie
ruszam. Widzę, że T.O.P zaciska lekko usta, gdy jego spojrzenie pada na
papierosy.
- Jedno – cedzi. –
Wybierz sobie jedno pytanie. I zastanów się dobrze.
Zagryzam wargę.
Mam wiele pytań, ale w końcu podejmuję decyzje.
- Jak się pan
nazywa? – powtarzam pytanie z determinacją.
- Mówiłem już,
nie…
-…I nie mówię o
pana pseudonimie. Chcę poznać pana prawdziwe imię.
T.O.P szarpie
lekko głową i zdaje się walczyć z własnymi myślami. To zaciska, to
rozprostowuje palce.
- Seunghyun –
rzuca w końcu przez zaciśnięte zęby.
Seunghyun. Lubię
to imię, a wypowiedziane niskim, szorstkim głosem zyskuje na uroku.
– I nie pytaj o
nazwisko – uprzedza, widząc że otwieram usta. – I tak za dużo wiesz.
Podaje mu
papierosy. Ogląda pudełko z niesmakiem.
- Pall Mall? To za to sprzedałem imię?
Zapala jednak i
głęboko wdycha kłęby dymu, jak tonący, który w końcu zaczerpuje powietrza.
Gdyby nie był w tak złym stanie, natychmiast kazałabym mu się wynieść na
balkon. Jestem pewna, że wszystkie meble przesiąkną tym zapachem. Wychodzę z
pokoju i przygotowuję sobie posłanie na kanapie, mając zamiar w końcu się
przespać. Wygląda na to, że póki co T.O.P – a raczej Seunghyun – ma się całkiem
nieźle, jeśli jest w stanie palić i kazać swoim ludziom pobić jakiegoś
człowieka, który bóg wie, jak się naraził.
Mam tylko nadzieję, że mój brat nie jest w to zamieszany.
Mam tylko nadzieję, że mój brat nie jest w to zamieszany.
