Samstag, 4. November 2017

Preludium E-Moll nr.4

Ze snu wyrywa mnie dźwięk budzika. Zerkam na telefon - jest godzina 15 po południu. Nagle czuję, jak mój żołądek nieprzyjemnie się ściska. Egzamin.
Gwałtownie podnoszę się z kanapy i idę do łazienki, wziąć szybki prysznic. Senność od razu się ulatnia, kiedy z zamkniętymi oczami w skupieniu odgrywam jedno z preludiów Chopina na niewidzialnych klawiszach. Ciepłe krople przyjemnie rozluźniają napięcie w moich ramionach. Dasz radę, powtarzam sobie. Długo się przygotowywałaś. Skup się, a wszystko pójdzie dobrze.
Biorę kilka głębokich oddechów i wychodzę spod prysznica, owijając się ręcznikiem. Suszę włosy, nakładam subtelny makijaż i przez chwilę patrzę w lustro. Mam poważne, ciemne oczy, czarne włosy ścięte w krótki bob i jasną cerę. Przez drobną sylwetkę i szpiczasty podbródek wciąż mam w sobie coś z dziecka, chociaż skończyłam już dwadzieścia jeden lat. Zakładam elegancką, białą bluzkę i spódniczkę, do tego czarne buty na obcasie. Z łazienki idę do mojej sypialni.
T.O.P nie śpi. Kiedy cicho wchodzę przez drzwi, mierzy mnie wzrokiem, a jego źrenice o ułamek sekundy dłużej zatrzymują się na widocznym skrawku skóry między spódniczką a kolanem. Czuję, jak na policzki wpełza mi rumieniec i piorunuję go wzrokiem. Mężczyzna odwraca spojrzenie i wpatruję się w ścianę przed sobą. Wygląda na zmęczonego, włosy ma potargane i w nieładzie.
- Wychodzisz - stwierdza.
- Tak. Mam egzamin. Wrócę za jakieś dwie godziny, w tym czasie ktoś przyjdzie cię popilnować.
- Nie wiedziałem, że jesteśmy na ty.
Znów się rumienię, ale tym razem nie daję się onieśmielić. - Jeśli bardziej to panu odpowiada, możemy zachować formalności. Ale wtedy oboje stosujemy się do tych zasad. Nie jestem służącą. Nie we własnym domu.
T.O.P spogląda na mnie, ostrzegawczo unosząc ciemne brwi. - Ty naprawdę nie wiesz kim jestem - mruczy, ale w jego głosie brzmi cień rozbawienia. Zapala papierosa i po chwili dodaje obojętnie: - Dobrze, jak sobie życzysz. Możemy być na ty, Jiyeon.
Sposób w jaki zostało wypowiedziane moje imię, sprawia, że stawiają mi się włoski na karku. Odwracam się i zaczynam szukać kolczyków w szufladzie szafki, cały czas czując sobie spojrzenie mężczyzny.
- Jak się dzisiaj czujesz? - pytam go, żeby przerwać ciszę, w której z każdą sekundą czuję się coraz bardziej nieswojo.
- W porządku.
- Bardzo boli?
Nie odpowiada, a jego twarz ma kamienny wyraz. Widzę jednak, że zaciska palce lewej dłoni na pościeli, tak że zbielały mu kłykcie. Oczywiście, że go boli. Ma w końcu dziurę w ramieniu.
- Potrzebujesz silniejszych leków przeciwbólowych?
Kiwa głową.
- Dziękuję - mówi cicho, kiedy wracam z kuchni i daję mu silniejszy środek. Łyka go natychmiast, popijając wodą, po czym opada na poduszki. Między jego brwiami pojawia się drobna zmarszczka, kiedy zamyka oczy. Jest w nim coś królewskiego, nawet gdy tak leży, bez sił i pośród porozrzucanej pościeli. Sprawia wrażenie, jakby wszystko dookoła należało do niego. Przypominam sobie moją radość, kiedy kupiłam to łóżko - pierwsze odkąd wyprowadziłam się z domu rodziców - zastępujące materac na podłodze.
Ktoś puka do drzwi. Otwieram i widzę przed sobą zwalistą postać Byka.
- Przychodzę przypilnować szefa.
- Świetnie. Idę na uczelnie, wracam za jakieś dwie godziny.
Łypie na mnie z góry, kiedy go wymijam. Potężne szczęki machinalnie przeżuwają gumę. Staram się nie dać po sobie poznać, że się go boję. A boję się. Ich wszystkich. Zawsze gdy spotykam rzezimieszków z gangu Sungila, w głowie zapala mi się alarmująca lampka, pomimo zapewnień brata, że nic mi nie grozi. Dobre sobie, to w końcu mafia! Są wśród nich mordercy, oszuści, hazardziści, porywacze... Nie chcę wiedzieć do jakiej grupy zalicza się Sungil.
Wychodzę na świeże powietrze i przez chwilę rozkoszuję się piękną pogodą. Jest to złociste, październikowe popołudnie, zachęcające do spacerów po parku i spotkań w kawiarniach. Urok dnia trochę zakłóca to, że teraz zaczynam się lekko denerwować przed egzaminem. Biorę jeszcze jeden głęboki wdech i ruszam w stronę pociągu.

***

Kiedy wychodzę z uniwersytetu, jestem pełna sprzecznych uczuć. Z jednej strony ulżyło mi, kiedy wstałam od fortepianu, z drugiej strony nie byłam na sto procent zadowolona ze swojego występu. Technicznie odegrałam utwory niemal bezbłędnie, ale czegoś zabrakło. Nerwy sprawiły, że nie potrafiłam włożyć w nie tyle uczucia, co chciałam, a pauzy wyszły przykrótkie. Mam wrażenie, że nie dałam nutom "oddychać" i zastanawiam się, jak mój występ odebrali egzaminatorzy. Z ich twarzy nic nie dało się wyczytać, tylko długopisy skrobały po papierze, kiedy ze zmarszczonymi brwiami robili notatki.
Ale teraz nie mogę już nic zmienić. Postanawiam więc nie martwić się na zapas i skorzystać z tego, że wyszłam z uniwersytetu wcześniej niż zakładałam. Wyciągam telefon i dzwonię do mojego chłopaka. Umawiamy się na kawę w pobliskiej kawiarni, "Coffee Pirates"; to jedno z moich ulubionych miejsc w Seulu.
Minho pojawia się tam chwilę po mnie. Wita mnie całusem, a ja czuję znajomy zapach: mieszaninę jego perfum i miętowej gumy do żucia. Jest wysoki i smukły, o ciele, które pięknie wyrzeźbił jego ulubiony sport: piłka nożna. Jak zwykle ubrany w bluzę z kapturem, jedną z tych, które tak chętnie od niego pożyczałam i adidasy. Minho jest przystojny, ze swoimi ciepłymi, brązowymi oczami i
włosami, które dzisiaj miękko opadają na jego czoło. A przede wszystkim: Jest zabawny. Zwykle rozluźniony, ma dystans do siebie i do życia. Mało rzeczy wyprowadza go z równowagi. Chociaż myślę, że opowieść o mafioso w moim łóżku miałaby szansę.
- No, Ji, jak się czujesz? - pyta mnie, szczypiąc końcówkę mojego nosa.
- Już lepiej - odpowiadam, uśmiechem maskując wyrzuty sumienia, że go okłamywałam. Ale Minho nic nie wie o gangsterskich porachunkach mojego brata i nie mam zamiaru go w to wciągać, tak jak Sungil wciągnął mnie. - To mnie złapało nagle, ale równie szybko stanęłam na nogi.
- Całe szczęście. Przy takiej pięknej pogodzie szkoda by było leżeć w łóżku. - wygląda przez okno kawiarni. - Jak poszedł egzamin?
Opowiadam mu o moich odczuciach związanych z występem. Kiwa głową i chociaż mnie słucha, jego oczy co jakiś czas robią się szkliste. Tak naprawdę nie mam mu tego za złe - Minho nie interesuje się muzyką klasyczną, tak jak ja specjalnie nie interesuję się piłką nożną. Tłumaczenie mi czym jest "spalony" jest równie bezsensowne, co tłumaczenie mu znaczenia ćwierćnut i staccato. Nie rozumie mojego zachwytu burzliwym pięknem muzyki Chopina, ale mimo to zwykle przychodzi na moje koncerty i z szerokim uśmiechem klaszcze, kiedy się kłaniam. Ja z kolei kibicuje mu na meczach. To mi całkowicie wystarcza.
- Więc tak naprawdę nie wiem, jak poszło - kończę opowieść, nie chcąc go zanudzić detalami.
- Będzie dobrze - zapewnia mnie, biorąc moją dłoń w swoją. - Zawszę tak mówisz i zawsze zdajesz.
- Zobaczymy. Po prostu chciałam zagrać to lepiej.
Spoglądam na zegarek. Minęło już półtorej godziny, nie miałam już za dużo czasu.
- Spieszysz się gdzieś?
- Nie. Hm, to znaczy trochę. Obiecałam sąsiadce, że przypilnuje dzisiaj jej synka.
Minho marszczy brwi. - Której sąsiadce?
- Pani Kwon. Musi wyjść wieczorem, ma coś do załatwienia.
Znów czuję ukłucie winy.
- Szkoda. Myślałem, że może w końcu spędzimy wieczór razem - mówi Minho, odgarniając mi włosy z czoła pieszczotliwym ruchem.
- Dzisiaj naprawdę nie mogę - opieram policzek o jego ciepłą dłoń. - Ale odezwę się.

Wracając do domu, drzwonię do mamy. Moi rodzice mieszkają na wyspie Jeju, tyle że ja i Sungil przeprowadziliśmy się do Seulu kilka lat temu. Wiem, że za rzadko ich widuję i nie czuję się z tego powodu dobrze. Tęsknie za nimi, bardziej niż komukolwiek się zwierzałam - za żartami ojca, za rezolutnym usposobieniem mamy. Za ich uśmiechem, ich uściskiem, za śniadaniami w ogródku. Za ich psem, Bossem.
Rozmowa z mamą martwi mnie. Nie mówi za dużo, ale między wierszami napomyka, że tata nie czuje się ostatnio najlepiej. Ale mam nie zawracać sobie tym głowy. Jak mi poszedł mi egzamin?
Egzamin? A jakie to ma znaczenie, chcę odpowiedzieć, czując narastający we mnie, niewytłumaczalny strach.
- Mamo, czy na pewno wszystko w porządku? - pytam, a głos drży mi lekko.
- Tak, to nic wielkiego - uspokaja mnie. - Po prostu, źle się poczuł, ale mówi, że jak odpoczywa, to mu lepiej. Uważam teraz, żeby nie pracował za dużo w ogródku.
Pomimo tych zapewnień, wracam do mieszkania zmartwiona. Mój w miarę dobry humor podczas spotkania z Minho już się ulotnił i teraz czuję się tylko zmęczona. Gdyby rodzice wiedzieli, w co Sungil się wplątał... Siebie i mnie.
Wita mnie słaby zapach dymu. Byk, który rozsiadł się w moim fotelu i gra w jakąś gierkę na telefonie, teraz podnosi się ciężko i podchodzi do mnie. Wciska mi w dłoń plik banknotów.
- Na wydatki - burczy.
- Znaczy na papierosy?
- Też. Ale nie Pall Mall. Szef woli Marlboro. Ja też je wolę.
Gapię się na niego przez chwilę.
- Marlboro - powtarzam wolno. - To to ma różne gatunki?
Byk patrzy na mnie z politowaniam i wychodzi bez pożegnania.
Drzwi do mojej sypialni są zamknięte, ale przypuszczam, że T.O.P żyje. Co najwyżej śpi po lekach.
Idę do salonu. Jak w transie siadam przy fortepianie i kładę palce na klawiszach. Pieszczotliwie, jakbym głaskała ulubionego kota. Kiedy zaczynam grać, muzyka zupełnie mnie pochłania. Ciężar, który noszę w sercu nadal tam jest, ale teraz te wszystkie uczucia - niepewność, strach o ojca, strach o Sungila, wyrzuty sumienia -  rozlewają się po całym moim ciele. To dziwne uczucie, uwalniające i cudowne, ale bardzo intensywne. Gram z zapamiętaniem, a każda nuta nosi własny ciężar. Melodia jest smutna, ale takie właśnie lubię najbardziej. Przy takich utworach zatracam się całkowicie. Jestem sobą.*
Dopiero teraz czuję to, czego zabrakło mi na egzaminie. Emocje. Ból. Tak powinnam była zagrać. Kiedy kończę przez chwilę wpatruję się w niebo za oknem, szaroniebieskie. Pojawiają się na nim pierwsze blade gwiazdy.
Wstaję od stołka i zamieram.
Seunghyun stoi oparty o ścianę, wpatrując się we mnie. Założył białą koszulę, a czarne włosy znów elegancko zaczesał do tyłu. Nigdy nie zapomnę wyrazu jego twarzy, na której w tym momencie malują się różne emocje. Ciężko mi je nazwać, ale wydaję mi się, że po raz pierwszy w jego ciemnych oczach dostrzegam coś na kształt żalu. Głębokiego smutku. Jednocześnie maluję się w nich zaskoczenie. Musi stać tu już dłużej, bo na ziemie zdążyło już spaść trochę popiołu z niedopalonego papierosa, którego trzyma w ręce. Zaciąga się nim, nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Zagraj coś jeszcze - mówi w końcu ochrypłym głosem.
Nie wiem, dlaczego spełniam jego zachciankę. Może robię to dlatego, że w jego głosie zabrzmiała niewypowiedziana prośba. Powoli siadam przy pianinie i zaczynam grać.
Jak długo gram? Nie wiem. Straciłam poczucie czasu.
Wiem tylko, że kiedy kończę i odwracam się, Seunghyun ma zamknięte oczy i głowę odchyloną do tyłu. W półmroku widzę, jak jego pierś unosi się i opada w rytm oddechu. Coś sprawia, że podchodzę do niego bliżej, tak blisko, że wyraźnie czuję zapach tytoniu i rozgrzanego ciała. Jak w transie wyciągam dłoń i zanim zdąże pomyśleć, co robię, dotykam jego policzka koniuszkami palców. Czuję pod nimi wilgoć.
Seunghyun otwiera oczy i przez chwilę patrzy się na mnie. Nie potrafię odczytać tego wyrazu. W końcu odwraca się i ciężkim krokiem wraca ciemnym korytarzem, aż słyszę trzaśnięcie zamykanych drzwi.
Przez dłuższy czas stoję w salonie, aż łzy na opuszkach moich palców zdążyły obeschnąć. Nie rozumiem, co się właśnie stało. Wiem tylko, że moje serce szybko bije w piersi, a w głowie wciąż słyszę melodię, którą właśnie zagrałam. Zagrałam ją idealnie.







* utwór grany przez Jiyeon to: https://www.youtube.com/watch?v=ef-4Bv5Ng0w


Dienstag, 23. Mai 2017

Seunghyun

Pierwszym co widzę, jest para ciemnych oczu, przeszywająca mnie na wskroś. T.O.P leży pośród porozrzucanej pościeli, a jego obandażowana pierś unosi się ciężko.
- Gdzie jestem? – powtarza ochryple.
Prostuję się na krześle i mrugam, dochodząc do siebie. – Jest pan w moim mieszkaniu. Jestem siostrą Sungila.
- Siostrą Sungila – powtarza, nie odrywając ode mnie wzroku. Jego spojrzenie jest przytomne, gorączka musiała nareszcie spaść. – Nie mówił, że ma siostrę. Masz jakieś imię?
- Jiyeon. A pan?
- A jak mnie przedstawiono?
- Mówili o panu T.O.P.
- Więc tak mnie nazywaj – jego głos jest szorstki. – Od kiedy tu leżę?
- Od wczoraj. Przynieśli pana w nocy.
T.O.P. przez chwilę marszczy brwi, jakby starał się sobie coś przypomnieć. Dotyka bandażu na piersi i zaciska szczęki – nie wiem czy z bólu czy frustracji.
- Pomóż mi wstać.
- Nie powinien pan jeszcze wstawać.
Krzywi się. – Muszę do łazienki, dziewczyno. Zaprowadzisz mnie?
W milczeniu pomagam mu podnieść się z posłania. Sapie z wysiłku, ale w końcu udaje mu się wstać. Jest wysoki, o pół głowy wyższy ode mnie. Wspiera się na mnie, niemal miażdżąc mnie pod swoim ramieniem, kiedy chwiejnie prowadzę go do łazienki. Jego naga skóra ociera się o moją bluzkę. Czuję poruszające się pod nią twarde mięśnie. Przyłapuję się na tym, że wdycham jego ciężki, męski zapach – mieszaninę potu i czegoś jeszcze, jakiejś niezdefiniowanej, ale przyjemnej nuty. Serce bije mi niespodziewanie szybko. Z ulgą zostawiam go w łazience i czekam na zewnątrz.   
Kiedy w końcu staje w drzwiach, jest blady i chwieje się. Podtrzymuję go szybko, zanim zwali się na ziemie. Jestem świadoma, że nie dałabym rady go podnieść. Sadowię go na stołku w łazience, a on zamyka oczy.
- Da pan radę chwilę tak posiedzieć? Powinnam zmienić opatrunek.
Kiwa głową, nie otwierając oczu. Ostrożnie odwiązuję bandaż i zdejmuję opatrunek. Rana wygląda okropnie – ziejąca pustką, czarna dziura w ciele. Wydaje się przynajmniej czysta, bo nie jątrzy się ani nie wygląda na zainfekowaną. Mężczyzna wzdryga się, kiedy moje palce dotykają jego skóry. Staram się być jak najdelikatniejsza, ale widzę, że gdy opatruję ranę, na jego szyi występują grube żyły.
- Przepraszam – mówię szczerze. – Musi bardzo boleć. Dam panu tabletkę przeciwbólową. Po niej będzie pan spał.
Potrząsa głową. - Nie. Jeszcze nie. Muszę wykonać telefon.
Gdyby nie był mafiosom, zapytałabym: „To nie może zaczekać”?. Wiem jednak od mojego brata, że ich sprawy nigdy nie mogą zaczekać.
Pomagam mu wrócić do łóżka.
- Przynieś mi mój telefon – mówi, głosem przywykłym do wydawania rozkazów. – I papierosy.
- Nie mam papierosów – wzruszam lekko ramionami.
- Jak to, nie masz?
– Nie palę. W tym mieszkaniu ich pan nie znajdzie.
Mieli w ustach przekleństwo. - W takim razie idź po paczkę.
Przez chwilę walczę z sobą, żeby nie odpowiedzieć mu w zdecydowanie niegrzeczny sposób. Widząc, że wciąż nie ruszyłam się z miejsca, mężczyzna pyta sucho. – Coś jeszcze?
Odwracam się napięcie i maszeruję do przedpokoju. Znajduję czarną skórzaną kurtkę i rzucam ją mężczyźnie.
- Idę po papierosy – mówię krótko i wychodzę z mieszkania. Postanawiam, że to ostatnia przysługa, którą mu wyświadczam. Bez względu na to kim jest, nie mam zamiaru grać jego służącej. Zdecydowanie wolałam go, kiedy był nieprzytomny.
W kiosku czekam niemal kwadrans w kolejce, żeby kupić papierosy. Kiedy sprzedawca pyta mnie o preferowaną markę, tylko bezradnie wzruszam ramionami. Mój wzrok przyciąga gazeta, której nagłówek głosi: „Krwawy rozrachunek mafii – strzelanina w kasynie Golden Dragon”. Po chwili namysłu kupuje i ją.
Kiedy wracam do mieszkania, słyszę niski głos T.O.P. Dochodzi mnie strzęp zdania:
- … tylko nie obijcie go za bardzo. Musi rozpoznać jego twarz, inaczej pomyśli, że to blef.
Robi mi się niedobrze. Widząc mnie na korytarzu mężczyzna ścisza głos i rzuca mi ostre spojrzenie, dające do zrozumienia, że powinnam zniknąć. Z wielką chęcią.
W salonie znajduję moją komórkę i widzę, że mam kilka nieodebranych połączeń. Dzwonił do mnie Minho. Z westchnieniem postanawiam, że zadzwonię do niego później. Jestem zbyt rozkojarzona, żeby wiarygodnie udawać chorą.
Od strony sypialni dochodzi mnie chrząknięcie. – To gdzie są te papierosy?
Wracam, obracając paczkę w dłoniach. T.O.P patrzy na mnie wyczekująco, wydaje się już spokojniejszy.
- Dostanie pan tą paczkę – zaczynam, zaskoczona własną śmiałością. – Jeśli odpowie pan na kilka moich pytań.
Patrzy na mnie z kamienną twarzą. Cisza ciągnie się w nieskończoność, ale ja również się nie ruszam. Widzę, że T.O.P zaciska lekko usta, gdy jego spojrzenie pada na papierosy.
- Jedno – cedzi. – Wybierz sobie jedno pytanie. I zastanów się dobrze.
Zagryzam wargę. Mam wiele pytań, ale w końcu podejmuję decyzje.
- Jak się pan nazywa? – powtarzam pytanie z determinacją.
- Mówiłem już, nie…
-…I nie mówię o pana pseudonimie. Chcę poznać pana prawdziwe imię.
T.O.P szarpie lekko głową i zdaje się walczyć z własnymi myślami. To zaciska, to rozprostowuje palce.
- Seunghyun – rzuca w końcu przez zaciśnięte zęby.
Seunghyun. Lubię to imię, a wypowiedziane niskim, szorstkim głosem zyskuje na uroku.
– I nie pytaj o nazwisko – uprzedza, widząc że otwieram usta. – I tak za dużo wiesz.
Podaje mu papierosy. Ogląda pudełko z niesmakiem.
- Pall Mall? To za to sprzedałem imię?
Zapala jednak i głęboko wdycha kłęby dymu, jak tonący, który w końcu zaczerpuje powietrza. Gdyby nie był w tak złym stanie, natychmiast kazałabym mu się wynieść na balkon. Jestem pewna, że wszystkie meble przesiąkną tym zapachem. Wychodzę z pokoju i przygotowuję sobie posłanie na kanapie, mając zamiar w końcu się przespać. Wygląda na to, że póki co T.O.P – a raczej Seunghyun – ma się całkiem nieźle, jeśli jest w stanie palić i kazać swoim ludziom pobić jakiegoś człowieka, który bóg wie, jak się naraził.
Mam tylko nadzieję, że mój brat nie jest w to zamieszany.




Pielęgniarka gangstera

Nad ranem budzę się z niespokojnej drzemki, zmęczona i niewyspana. Za oknem pada – drobne krople uderzają o szybę, a niebo nad Seulem przybrało stalowy odcień. Zerkam na T.O.P., przykrytego kołdrą. Na jego twarz wstąpiły krople potu, brwi ma zmarszczone, a jego ciałem wstrząsają dreszcze.
Zaniepokojona przykładam dłoń do jego czoła. Jest rozpalone. Gorączka to naturalny mechanizm obronny ciała, o ile nie jest zbyt wysoka. Idę do kuchni, zaparzam mocną kawę i przetrząsam pudełka w poszukiwaniu termometru.
W mieszkaniu panuje cisza, którą przerywa tylko szum deszczu. Jest ono niezbyt duże, ale w sam raz dla samotnie żyjącej studentki – sypialnia, łazienka, salon połączony z kuchnią i jadalnią. Większości moich przyjaciółek i tak nie stać na więcej niż obskurną klitkę, bo ceny w Seulu są obłędne. Gdyby nie pieniądze, które co miesiąc przysyła mi Sungil, być może mieszkałabym w ciasnym pokoiku na dwudziestym piętrze.
Centralne miejsce w salonie zajmuje fortepian. Moja najcenniejsza własność, spadek po dziadku. Na ziemi stoją rośliny w donicach i małe stosiki książek. Znajdzie się tu wszystko, od poezji romantycznej po Murakamiego. Tak, moje mieszkanie to miły kącik. A przede wszystkim - co cenię najbardziej – spokojny. Nie znoszę miejskiego hałasu, trąbienia wściekłych kierowców i warczenia silników. Tutaj te odgłosy nie dochodzą.
Popijając mocną kawę wracam do sypialni. Mierzę temperaturę i z niepokojem stwierdzam, że mężczyzna ma ponad 40 stopni gorączki. Postanawiam zbić ją, robiąc mu zimne okłady na czoło. Czuję się dziwnie, ocierając twarz szefa jednego z największych mafijnych zgrupowań w Seulu. Robię to jednak starannie, wciąż słysząc prośbę mojego brata, żeby dbać o tego mężczyznę jak najlepiej.
W pewnym momencie T.O.P. zaczyna majaczyć. Porusza lekko ustami, szepcząc jakieś niespokojne słowa. Zaskakuje mnie, jak niski jest jego głos. Staram się wychwycić sens tego, co mówi, ale rozumiem tylko pojedyncze wyrazy: benzyna, walizka, ogień… Od czasu do czasu pada jakieś przekleństwo.
- Już dobrze – mówię kojącym tonem, jakim mówi się do dziecka. Ostrożnie biorę jego dłoń w moje dłonie, znacznie mniejsze i chłodniejsze, i głaszczę ją. Może w ten sposób trochę się uspokoi. – Nic panu tutaj nie grozi.
Zauważam, że T.O.P. ma ładne, opalone dłonie, o długich palcach. Mógłby być pianistą. Szkoda, że takie palce marnują się na naciskanie spustu.
Siedzę u jego boku przez całe rano. Staram się go napoić, ale on tylko się krztusi, a woda spływa po jego brodzie.
Około południa przychodzi do mnie SMS:
Nasza kawiarnia, o 17?
To mój chłopak, Minho. Odpisuję mu, trawiona wyrzutami sumienia.
Dzisiaj nie mogę. Źle się czuję. Nie poszłam na uniwersytet, chyba coś podłapałam.
Wiadomość przychodzi natychmiast: Przyjechać do ciebie?
Jeszcze tego brakowało, żeby Minho zastał obcego faceta w moim łóżku. Z raną postrzałową. W panice odpisuję: Nie, nie, jeszcze cię zarażę. To szybko przejdzie, chcę dziś po prostu zostać w domu i porządnie się wyspaćJ
Okej. Jakbyś czegoś potrzebowała, daj mi znać.
- Faceci – mruczę, ale mimowolnie uśmiecham się do telefonu. – Zawsze są z nimi jakieś kłopoty.
- Bez nas świat byłby nudny.
Niemal podskakuję, słysząc ochrypły głos. T.O.P obudził się i patrzy teraz prosto na mnie. Jego spojrzenie jest błędne, a ciemne oczy trawi ogień. Nagle dochodzi do mnie, że moja lewa dłoń wciąż ściska jego palce. Jak oparzona puszczam ją, wpatrując się z niego.
- Daj mi wody.
Szybko wychodzę z pokoju, wystraszona i z mocno walącym sercem. Wracam ze szklanką wody i miską zupy, którą szybko podgrzałam. Pomagam mu trochę się podnieść, a po jego twarzy przebiega grymas bólu.
- Bardzo pana boli?
Nie odpowiada, tylko jednym haustem wypija szklankę wody. Ociera usta wierzchem dłoni i przymyka oczy.
- Powinien pan coś zjeść – mówię, podnosząc łyżkę zupy do jego ust. Krzywi się i odwraca głowę, ale ja nie daję za wygraną. – Szybciej pan wróci do zdrowia, jeśli będzie pan jadł. Proszę otworzyć usta.
Mój głos jest łagodny, ale stanowczy. Wsuwam dłoń pod jego głowę i podtrzymuje go, karmiąc go zupą. Jest zbyt słaby, żeby się opierać, więc po prostu łyka bulion łyżka za łyżką. Kiedy miska jest pusta, pomagam mu się znowu położyć.
- Muszę zadzwonić – mamrocze. Drży, a po dotknięciu jego skóry, stwierdzam, że jest rozpalona i sucha. Oby to nie było zakażenie. W tym przypadku niewiele będę mogła dla niego zrobić. Przykrywam go jeszcze jedną kołdrą, a szef mafii zapada w niespokojny sen. Mi samej zamykają się oczy.
Dzwonię do Sungila.
- Jak z nim? – pyta na wstępie mój brat.
- Na razie nie zbyt dobrze. Mocno gorączkuje, podałam mu coś przeciwbólowego.
Sungil klnie. – Za pół godziny wpadnie do ciebie jeden z chłopaków. Przyniesie wam jedzenie i ubrania dla szefa. Potrzebujesz czegoś jeszcze?
- Raczej nie. Ale jutro muszę iść na dwie godziny na uniwersytet…
- Nie możesz go zostawić samego…
- …ponieważ mam ważny egzamin. Nie mogę nie iść. Przyjdziesz tu o 16 i go przypilnujesz?
Po drugiej stronie panuje cisza. – Jutro nie mogę.
- Dlaczego nie?!
- Mam sprawę do załatwienia. Przyślę ci kogoś.
Rozłącza się, a ja wpatruję się w ekran komórki, zła na niego, zła na jego szefa, zła na siebie, że zgodziłam się go tu przechować.
- Tylko nie próbuj mi tutaj umrzeć – ostrzegam rannego. – Trup w mieszkaniu może zniszczyć moją całkiem nieźle zapowiadającą się karierę.
Studiuję na uniwersytecie muzycznym, jednym z najbardziej renomowanych w Seulu. Chcę zostać pianistką koncertową. Póki co, dorabiam sobie, udzielając lekcji dzieciakom i chociaż jest to całkiem przyjemne, to marzy mi się wielka scena. Ciężko pracowałam, żeby dostać się na te studia. Nie pozwolę sobie tego odebrać.
Ktoś dzwoni do drzwi.
Otwieram rosłemu, łysemu mężczyźnie, tak napakowanemu, że przy nim wydaję się zaledwie dzieckiem. Nie wita mnie, tylko wręcza torbę z jedzeniem i drugą, z ubraniami.
- Mam sprawdzić, jak u szefa.
Patrzę na niego krzywo, ale skinięciem głowy wskazuje drzwi do sypialni. „Byk”, jak nazwałam go w myślach, wraca po chwili, z tą samą kamienną twarzą. Wręcza mi plik banknotów.
- To na wszelkie wydatki. Papierosy i takie tam.
- Nie palę – odpowiadam.
Byk unosi brwi i teraz to on szarpnięciem głowy wskazuje w stronę sypialni. – Ale on tak.
- Nie potrzebne mi aż tyle – protestuję, starając się oddać mu pieniądze, ale on nawet się na mnie nie ogląda. Znika równie szybko jak się pojawił.
Zaczynam czytać jakąś książkę, ale oczy same mi się zamykają. Słowa zlewają się w jedno, a szum deszczu usypia mnie jak kołysanka…
- Gdzie ja do cholery jestem?

Montag, 22. Mai 2017

Wizyta


Budzi mnie łomotanie do drzwi. Mrużę oczy, spoglądając na budzik przy łóżku. Jest środek nocy, godzina 01:30. Zarzucam na ramiona szlafrok i spieszę do drzwi.
- Kto tam? – pytam, głosem ochrypłym od snu. Zerkam przez judasza, ale na korytarzu panuje nieprzenikniona ciemność.
- Jiyeon? To ja – rozpoznaje głos mojego brata. Moje palce niezdarnie mocują się z zamkiem, który znów się zaciął. Kiedy otwieram drzwi, moim oczom ukazują się czterej mężczyźni. Jednym z nich jest Sungil, mój starszy brat. Twarz ma bladą i spoconą, a jego oczy błyszczą niespokojnie.  
– Mamy rannego – mówi bez ogródek. – Odsuń się, Jiyeon.
Dopiero teraz widzę, że dwaj mężczyźni za nim podtrzymują tego po środku. Jego biała koszula jest przesiąknięta krwią na piersi.
Zagryzam wargi. – Wchodźcie.
Szybko wnoszą rannego do salonu, podczas gdy ja spieszę do łazienki. Sungil drepcze mi po piętach.
- Od czego jest ta rana? – pytam, przetrząsając półki. Bandaż. Nożyce. Skalpel.
- Kula przez ramię – odpowiada mój brat, opierając się ciężko o ścianę. Przymyka oczy. – Mocno krwawi. Musisz go z tego wyciągnąć, Jiyeon.
- Mówiłam ci, żebyś ich tutaj nie przyprowadzał – mówię, nie patrząc na niego. Chociaż mój głos jest opanowany, w głębi duszy jestem na niego zła. Zła za to, że znów wplątuje mnie w porachunki swojego gangu. Że znów przyprowadza do mnie swój brudny, kryminalny światek, w którym rządzi mafia.
- Nie miałem wyboru – w jego głosie brzmi przepraszająca nuta. – Wszystko… Cholera, wszystko wymknęło się spod kontroli. To miało być zwykłe przekazanie kasy, a wywiązała się z tego strzelanina.
- Nic ci nie jest? – pytam. Dziękuję bogu, że to nie on leży tam w salonie, zakrwawiony i półprzytomny.
Potrząsa głową.
- Ten facet, Jiyeon… Ten ranny… To nie jakiś tam rzezimieszek, to jest T.O.P.
Na chwilę odrywam wzrok od przyborów i marszczę brwi. – Twój szef?
- Szef całego gangu. Jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Seulu. Musisz się postarać, żeby z tego wyszedł, rozumiesz?
- Zrobię co mogę – odpowiadam, ruszając do salonu. – Tak jak zawsze.
 W salonie zapalam lampę i klękam przy rannym.
- Podłóżcie mu coś pod głowę – polecam jednemu z mężczyzn, którego zdaje się kiedyś spotkałam. Ki Woojin, o ile pamiętam. – I przynieście miskę wody.
Zaczynam od rozcięcia koszuli na piersi rannego. Już na pierwszy rzut oka można poznać, że kosztowała majątek. T.O.P. jest nieprzytomny, ale oddycha. Ku mojemu zaskoczeniu jest jeszcze w miarę młody, nie może mieć więcej niż trzydzieści lat. Mafijnych bossów wyobrażałam sobie dotąd jako grubawych, starszych mężczyzn z czarnym wąsikiem, być może po oglądnięciu zbyt wielu włoskich filmów.
Nachylam się nad obficie krwawiącą raną, tuż pod obojczykiem mężczyzny. Kilka centymetrów i kula trafiłaby prosto w serce. Przeszła na wylot, co z jednej strony jest dobre, bo nie będę musiała jej wyciągać. Z drugiej strony traci dużo krwi.
Przy oczyszczaniu rany, T.O.P. traci przytomność. Zakładam opatrunek i z pomocą podtrzymujących go mężczyzn, owijam jego tors bandażem.
- Połóżcie go w mojej sypialni – mówię.
Sungil podchodzi do mnie, ocierając czoło. – I jak?
- Mocno krwawił, ale powinien z tego wyjść. Mam tylko nadzieję, że w ranę nie wda się zakażenie, bo będziecie musieli zawieźć go do szpitala.
- To nie wchodzi w grę. Zaczną się niewygodne pytania.
- Wolałbyś zobaczyć go za kratkami czy martwego?
Nie odpowiada. – Dziękuję ci, Jiyeon.
Kiwam głową. – Jak długo tu zostanie?
- Przez jakiś czas.
Nie daję się tym zbyć. – Jak długo?
- Nie wiem. Kilka dni, może tygodni. Musi wrócić do formy, a tutaj raczej go nie znajdą. Ludzie Hanbina odkryli jego kryjówkę. – jego oczy są pełne troski. – Jiyeon, tak mi przykro, że cię w to wciągam. Wiesz, że nienawidzę narażać cię na jakiekolwiek niebezpieczeństwo, ale…
– Rozumiem – mówię cicho. – Uważaj na siebie, proszę.
Ściskam go mocno. – Kiedy w końcu z tym skończysz, Sungil?
Uśmiecha się gorzko. – To już nie kwestia wyboru, siostrzyczko. Kiedy raz wdepnąłeś, ciężko wyjść z tego bagna. Ale obiecuję ci, kiedyś ci to wszystko wynagrodzę. Kupię ci twój własny dom, samochód, nie będziesz musiała nawet pracować…
Jego słowa zlewają się w jedno. Obietnice, te same co zwykle, powtarzane jak mantra. Po raz setny chcę mu powiedzieć, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Że chciałabym tylko nie bać się o życie mojego brata za każdym razem kiedy nie odbiera telefonu.  
Pół godziny później jestem sama w mieszkaniu. Prawie sama, bo w mojej sypialni leży nieprzytomny mafioso. Wracam do pokoju i siadam w fotelu przy łóżku. Już wiem, że tej nocy nie zaznam dużo snu, bo będę musiała co chwilę sprawdzać, czy ranny oddycha. Dla zabicia czasu, przyglądam mu się.
Mężczyzna ma elegancko zaczesane do tyłu czarne włosy i ściągnięte, ciemne brwi. Jego twarz składa się z twardych kątów – w świetle lampy widzę wyraźnie zaznaczone kości policzkowe i mocną szczękę. Obiektywnie patrząc jest przystojny i nawet pozbawiony świadomości, emanuje męską siłą. Na jego nadgarstku połyskuje ciężki, złoty zegarek. Ostrożnie go zdejmuję i kładę na szafkę nocną – po zerknięciu, upewniam się, że to rollex.
T.O.P. wygląda jak ktoś, kto bez trudu mógłby zabić człowieka gołymi rękami. Staram się nie myśleć o tym, jakie okropieństwa mężczyzna leżący teraz tak cicho w moim łóżku już robił. Tak jest mi łatwiej – postrzegać go jako pacjenta, a nie zabójcę, inaczej najdzie mnie jeszcze ochota uduszenia go poduszką. Wzdycham i odchylam się w fotelu. Im szybciej wyzdrowieje, tym szybciej stąd zniknie.