Budzi mnie
łomotanie do drzwi. Mrużę oczy, spoglądając na budzik przy łóżku. Jest środek
nocy, godzina 01:30. Zarzucam na ramiona szlafrok i spieszę do drzwi.
- Kto tam? – pytam,
głosem ochrypłym od snu. Zerkam przez judasza, ale na korytarzu panuje nieprzenikniona
ciemność.
- Jiyeon? To ja –
rozpoznaje głos mojego brata. Moje palce niezdarnie mocują się z zamkiem, który
znów się zaciął. Kiedy otwieram drzwi, moim oczom ukazują się czterej
mężczyźni. Jednym z nich jest Sungil, mój starszy brat. Twarz ma bladą i
spoconą, a jego oczy błyszczą niespokojnie.
– Mamy rannego – mówi
bez ogródek. – Odsuń się, Jiyeon.
Dopiero teraz widzę, że dwaj mężczyźni za nim podtrzymują tego po środku. Jego biała koszula jest przesiąknięta
krwią na piersi.
Zagryzam wargi. –
Wchodźcie.
Szybko wnoszą
rannego do salonu, podczas gdy ja spieszę do łazienki. Sungil drepcze mi po
piętach.
- Od czego jest
ta rana? – pytam, przetrząsając półki. Bandaż. Nożyce. Skalpel.
- Kula przez
ramię – odpowiada mój brat, opierając się ciężko o ścianę. Przymyka oczy. –
Mocno krwawi. Musisz go z tego wyciągnąć, Jiyeon.
- Mówiłam ci,
żebyś ich tutaj nie przyprowadzał – mówię, nie patrząc na niego. Chociaż mój
głos jest opanowany, w głębi duszy jestem na niego zła. Zła za to, że znów
wplątuje mnie w porachunki swojego gangu. Że znów przyprowadza do mnie swój
brudny, kryminalny światek, w którym rządzi mafia.
- Nie miałem
wyboru – w jego głosie brzmi przepraszająca nuta. – Wszystko… Cholera, wszystko
wymknęło się spod kontroli. To miało być zwykłe przekazanie kasy, a wywiązała
się z tego strzelanina.
- Nic ci nie
jest? – pytam. Dziękuję bogu, że to nie on leży tam w salonie, zakrwawiony i
półprzytomny.
Potrząsa głową.
- Ten facet,
Jiyeon… Ten ranny… To nie jakiś tam rzezimieszek, to jest T.O.P.
Na chwilę odrywam
wzrok od przyborów i marszczę brwi. – Twój szef?
- Szef całego gangu.
Jeden z najbardziej wpływowych ludzi w Seulu. Musisz się postarać, żeby z tego
wyszedł, rozumiesz?
- Zrobię co mogę –
odpowiadam, ruszając do salonu. – Tak jak zawsze.
W salonie zapalam lampę i klękam przy rannym.
- Podłóżcie mu
coś pod głowę – polecam jednemu z mężczyzn, którego zdaje się kiedyś spotkałam.
Ki Woojin, o ile pamiętam. – I przynieście miskę wody.
Zaczynam od rozcięcia
koszuli na piersi rannego. Już na pierwszy rzut oka można poznać, że kosztowała
majątek. T.O.P. jest nieprzytomny, ale oddycha. Ku mojemu zaskoczeniu jest
jeszcze w miarę młody, nie może mieć więcej niż trzydzieści lat. Mafijnych
bossów wyobrażałam sobie dotąd jako grubawych, starszych mężczyzn z czarnym
wąsikiem, być może po oglądnięciu zbyt wielu włoskich filmów.
Nachylam się nad
obficie krwawiącą raną, tuż pod obojczykiem mężczyzny. Kilka centymetrów i kula
trafiłaby prosto w serce. Przeszła na wylot, co z jednej strony jest dobre, bo
nie będę musiała jej wyciągać. Z drugiej strony traci dużo krwi.
Przy oczyszczaniu
rany, T.O.P. traci przytomność. Zakładam opatrunek i z pomocą podtrzymujących
go mężczyzn, owijam jego tors bandażem.
- Połóżcie go w
mojej sypialni – mówię.
Sungil podchodzi
do mnie, ocierając czoło. – I jak?
- Mocno krwawił,
ale powinien z tego wyjść. Mam tylko nadzieję, że w ranę nie wda się zakażenie,
bo będziecie musieli zawieźć go do szpitala.
- To nie wchodzi
w grę. Zaczną się niewygodne pytania.
- Wolałbyś
zobaczyć go za kratkami czy martwego?
Nie odpowiada. –
Dziękuję ci, Jiyeon.
Kiwam głową. –
Jak długo tu zostanie?
- Przez jakiś
czas.
Nie daję się tym
zbyć. – Jak długo?
- Nie wiem. Kilka
dni, może tygodni. Musi wrócić do formy, a tutaj raczej go nie znajdą. Ludzie Hanbina
odkryli jego kryjówkę. – jego oczy są pełne troski. – Jiyeon, tak mi przykro,
że cię w to wciągam. Wiesz, że nienawidzę narażać cię na jakiekolwiek niebezpieczeństwo,
ale…
– Rozumiem –
mówię cicho. – Uważaj na siebie, proszę.
Ściskam go mocno.
– Kiedy w końcu z tym skończysz, Sungil?
Uśmiecha się
gorzko. – To już nie kwestia wyboru, siostrzyczko. Kiedy raz wdepnąłeś, ciężko wyjść
z tego bagna. Ale obiecuję ci, kiedyś ci to wszystko wynagrodzę. Kupię ci twój
własny dom, samochód, nie będziesz musiała nawet pracować…
Jego słowa
zlewają się w jedno. Obietnice, te same co zwykle, powtarzane jak mantra. Po
raz setny chcę mu powiedzieć, że nie potrzebuję tego wszystkiego. Że chciałabym
tylko nie bać się o życie mojego brata za każdym razem kiedy nie odbiera telefonu.
Pół godziny
później jestem sama w mieszkaniu. Prawie sama, bo w mojej sypialni leży
nieprzytomny mafioso. Wracam do pokoju i siadam w fotelu przy łóżku. Już wiem,
że tej nocy nie zaznam dużo snu, bo będę musiała co chwilę sprawdzać, czy ranny
oddycha. Dla zabicia czasu, przyglądam mu się.
Mężczyzna ma
elegancko zaczesane do tyłu czarne włosy i ściągnięte, ciemne brwi. Jego twarz
składa się z twardych kątów – w świetle lampy widzę wyraźnie zaznaczone kości
policzkowe i mocną szczękę. Obiektywnie patrząc jest przystojny i nawet pozbawiony
świadomości, emanuje męską siłą. Na jego nadgarstku połyskuje ciężki, złoty zegarek.
Ostrożnie go zdejmuję i kładę na szafkę nocną – po zerknięciu, upewniam się, że
to rollex.
T.O.P. wygląda
jak ktoś, kto bez trudu mógłby zabić człowieka gołymi rękami. Staram się nie
myśleć o tym, jakie okropieństwa mężczyzna leżący teraz tak cicho w moim łóżku już robił. Tak jest mi łatwiej –
postrzegać go jako pacjenta, a nie zabójcę, inaczej najdzie mnie jeszcze ochota uduszenia go poduszką. Wzdycham i odchylam się w fotelu. Im szybciej wyzdrowieje, tym szybciej stąd zniknie.
Keine Kommentare:
Kommentar veröffentlichen